Wciąż żyję... i wciąż nadzieją, marzeniami, że osiągnę swój cel...
Szkoda mi opuszczać ten blog, tyle mojego cierpienia w nim jest...
Kto by przypuszczał, że jeszcze tu napisze ale mimo to że moje życie się zmieniło bo wyszłam z tego tzn. wyszłam może zbyt dużo powiedziane, ważę 48 kg, mam męża i niby teoretycznie jestem zdrowa ale psychicznie wciąż mnie ciągnie do any, tylko wiem że nie mogę się poddać... mam teraz obowiązki jako żona... ale tak bardzo bym chciała powrócić do starej wagi ale nawet jakbym do tego dążyła to nie bardzo mam jak bo mąż po tym wszystkim strasznie mnie pilnuje z jedzeniem... no cóż zostaje mi tylko żyć nie do końca spełniona, w jakiejś cząstce nieszczęśliwa...
Całuję i pozdrawiam:*